Oceń wpis
   
„The situation in Iraq is grave and deteriorating.” To zdanie, od którego rozpoczyna się Raport The Iraq Study Group, na czele z Jamesem Bakerem i Lee H. Hamiltonem przejdzie do historii polityki. Ponadpartyjny Raport - Baker reprezentuje w nim konserwatystów, Hamilton Demokratów – napisany w tonie realpolitics, oddaje wielką przegraną neokonserwatystów i próbę wycofania się prezydenta Busha w kierunku starego Busha, czyli przejście na pozycje bardziej wyważonej, klasycznej polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie. W dniu dzisiejszym, w środę, 7 grudnia, Raport zdominował dosłownie wszystko inne w Waszyngtonie i zdaje się oddawać nastroje większości amerykańskiej elity władzy. A więc gorzkie zdanie sobie sprawy z rzeczywistej sytuacji w Iraku oraz próba realistycznego podejścia do Syrii oraz Iranu w rozwiązaniu problemów na Bliskim Wschodzie. Syria i Iran! Jeszcze kilka miesięcy temu nie wykluczano uderzenia militarnego na Iran, wymieniano to państwo jako przykład islamofaszyzmu, zaliczano do „osi zła”. Jeszcze kilka dni temu Iran był jednym najbardziej dyskutowanych punktów w dialogu pomiędzy posłami Parlamentu Europejskiego a członkami Kongresu. A dzisiaj Hamilton tłumaczy, że prawdopodobnie trzeba zacząć z Iranem rozmawiać w sprawie Iraku, bo i USA i Iran mają wspólny interes uporządkowania sytuacji w tym kraju.

Należałem do tych na lewicy, którzy jednoznacznie poparli obalenie reżimu Saddama Husajna drogą militarną. Zresztą stosunek do tej interwencji przebiegał i przebiega w poprzek partii politycznych, nie mieści się w tradycyjnych podziałach na lewicę i prawicę. Najważniejszym przedstawicielem polityki Busha w Europie był przecież Tony Blair, przywódca brytyjskiej Partii Pracy. Wydawało nam się, że należy obalać dyktatury, przynosić wolność uciemiężonym także, jeżeli inaczej nie można zmienić systemu to przez interwencję militarną z zewnątrz. Jednym słowem, że Irakijczycy będą mieli więcej wolności nawet w warunkach amerykańskiej okupacji militarnej niż w warunkach reżimu Sadama Husajna. Modelem dla takiego myślenia była amerykańska okupacja militarna Niemiec i Japonii po II wojnie światowej, udany przykład tworzenia demokracji liberalnej przy braku na początku pełnej suwerenności państwowej. Nie jestem pewien czy byliśmy w błędzie, jakby na to wskazywał dzisiejszy stan Iraku, walki pomiędzy szyitami a sunnitami, faktyczny podział kraju, przemoc, poczucie chaosu i słabość państwa. Myślę, że to społeczeństwo, przy wszystkich nieszczęściach, które na niego spada, jest jednak bardziej wolne niż w czasach dyktatury, że przed młodzieżą stoi otwartych więcej szans życiowych, że Bagdad może się stać ważnym miastem w tym rejonie świata, centrum handlowym, finansowym, kulturowym, powrócić nawet do znaczenia, które to miasto miało w VIII, IX wieku n.e., że Irakijczycy mogą twórczo wykorzystać dla siebie to amerykańskie zaangażowanie w Iraku. Amerykanie przynoszą tam nie tylko oddziały specjalne ale także najnowsze technologie, stypendia dla młodzieży do studiowania na amerykańskich uczelniach, system finansowy, że paradoksalnie Bagdad jest podłączony do wszystkiego co najnowocześniejsze i najbardziej dynamiczne we współczesnym świecie.

Tutaj w Waszyngtonie, po południu raport jest już na mieście, w nocy kupuję tą ponad sto stronnicową książkę w mojej ulubionej księgarni w Barnes & Noble w Georgetown. Miasto wibruje, wszędzie wyczuwa się otwarcie, zapach kawy, tolerancję na inność, swobodę myśli. Jestem myślami w Polsce. Co się z nami stało? Pan „Tymoteusz” stawia kwestię na tym blogu o przyczyny słabości debaty politycznej w Polsce. No, rzeczywiście polski raport, którym wszyscy żyją od kilku dni dotyczy badania DNA posła Łyżwińskiego. Niesłychany upadek polityki polskiej. Wie Pan, ryzykuję hipotezę, że jedna z przyczyn tego stanu rzeczy wynika z historii kształtowania się kultury narodowej, z braku szerszego oddźwięku Reformacji w Polsce, tej rewolucji intelektualno-moralno-obyczajowej, która legła u podstaw nowoczesności u większości narodów europejskich. Ostatecznie Ameryka, Nowa Anglia była dziełem sekciarzy religijnych, którzy uciekali z Europy do Nowego Swiata w poszukiwaniu wolności religijnych. Z drugiej strony Włochy są także krajem rzymsko-katolickim a jednak mają świetne gazety, bardzo rozwinięte społeczeństwo obywatelskie, dobre uczelnie, ożywione debaty intelektualne. Więc co, komunizm? Ale ja pamiętam rok 1980. Przepełnione domu kultury, robotników czytających książki, wielkie debaty w prasie, w kawiarniach, w klubach studenckich. Społeczeństwo, które wyłoniło się komunizmu było prawdziwym społeczeństwem obywatelskim. Podziemie „Solidarności” wydało na początku lat osiemdziesiątych tony książek, które chyba ktoś wtedy czytał, analizował ich treść i przesłanie. I teraz to skarlenie.

Niezrozumiałe, że z tamtego okresu tak mało zostało i że dyskurs narodowy jest teraz w rękach dewotów i populistów.
2006-12-11 12:44
Ogólne Komentarze (34)
 Oceń wpis
   
Rola Ameryki w dzisiejszym świecie. Nowy Rzym – chyba najczęściej używane porównanie, zarówno w świetle pozytywnym jak i negatywnym. Czy następne stulecie Ameryki, czy raczej zmierzch, schyłek, „imperialne nadwyrężenie”, nadchodząca nowa epoka Chin, Indii? Tworzy się nowa dziedzina wiedzy. Co miesiąc nowe książki, najczęściej opasłe tomy na ten temat. Próbuję śledzić tą debatę, kupuję wszystkie nowości, czytam, przeglądam do późna w noc. Fascynująca literatura.

To wybuchło w ostatnich latach. Kiedy pierwszy raz przyjechałem do USA, w 1993 r., Ameryka była oczywiście świadoma swojej potęgi, wygrania zimnej wojny ale to było jeszcze w XX wieku, patrzenia na świat przez pryzmat europejski. Pamiętam seminarium w roku akademickim 1993/1994 Erica Hobsbawma w New School for Social Research w Nowym Jorku. Hobsbawm przedstawiał kolejne rozdziały książki „Wiek skrajności”, którą właśnie wtedy pisał, którą zresztą potem dedykował swoim studentom z tego seminarium. Hobsbawm – wielki i kontrowersyjny, nie byłem jedynym na tym seminarium, który nie zawsze się z nim zgadzał. Zasypany śniegiem Manhattan i te długie, wieczorne spory w New School na temat XX wieku. To już było stulecie Ameryki ale jednak, sprawy najważniejsze – upadek demokracji liberalnej, wojny światowe, totalitaryzm, sputnik, pierwszy lot człowieka w przestrzeni kosmicznej, powrót demokracji - rozegrały się w Europie. To było stulecie Niemiec, Rosji, Europy. Teraz jesteśmy w innej epoce. Oczywiście 11 września, ale może jeszcze bardziej interwencja militarna Ameryki w Iraku, fakt, że administracja prezydenta Busha mogła to zrobić na własną rękę, nie pytając o zgodę ONZ czy NATO, czy sojuszników europejskich uprzytomniły prowincjonalność Europy w XXI wieku, przesunięcie się centrum cywilizacji zachodniej do Ameryki.

Zmiana systemu, słynne „regime change” stosowane do oddania sensu operacji militarnych w Afganistanie czy w Iraku teraz na naszych oczach rozgrywa się w Waszyngtonie w wyniku zwycięstwa Demokratów w ostatnich w wyborach w połowie kadencji Kongresu. Trafiam na ten rozgorączkowany Waszyngton z delegacją Parlamentu Europejskiego do spraw stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Od kilku dni spotkania z członkami/iniami Izby Reprentantów i Senatu z obydwu partii. Euforia wśród Demokratów. Wcześnie rano w Kongresie spotkanie z sędziwym Tomem Lantosem, z kongresmanem z Kalifornii, który ma zostać nowym przewodniczącym potężnej Komisji Spraw Zagranicznych Kongresu.

Lantos, uchodźca z Węgier, który przeżył Holocaust i któremu udało się wydostać z Budapesztu w 1947 r., był działaczem antynazistowskiego podziemia oraz po 1945 r. antykomunistycznej organizacji studenckiej. Wie, co to znaczy totalitaryzm, jak sam o sobie mówi z ironią zna bardzo dobrze Europę, aż za dobrze. Spotkanie niezwykle serdeczne, ku zaskoczeniu nas wszystkich, przyzwyczajonych do napięć i niedomówień w stosunkach europejsko-amerykańskich w ostatnich latach. Najlepiej to napięcie oddaje nazwa podkomisji do spraw europejskich w Komisji Spraw Zagranicznych Kongresu: Subcommittee on Europe and Emerging Threats (!). Jej nowym przewodniczącym zostanie kongresman z Florydy Robert Wexler. Lantos podkreśla znaczenie NATO, konieczność równomiernego zwiększenia ilości żołnierzy w oddziałach europejskich w Afganistanie.

Wszyscy Demokraci mówią nam o woli odrodzenia stosunków europejsko-amerykańskich. Brzmi to szczerze. Najmocniej wypada Wexler, który składa deklarację polityczną o zamiarze większości demokratycznej w Kongresie zniesienia wiz. Od kilku dni mówią nam to samo przedstawiciele administracji prezydenta Busha ale tutaj wydaje mi się to bardziej przekonywujące. Po pierwsze dotyczy Kongresu, miejsca gdzie ta sprawa może się rzeczywiście jednoznacznie rozstrzygnąć. Po drugie, nie jest to obciążone w tej chwili kwestią przekazywania dokładnych danych osobowych do USA, jak w propozycji administracji. Ta sprawa przekazywania danych osobowych od dawna dzieli Unię Europejską, szczególnie Parlament Europejski i administrację prezydenta Busha. Parlament pyta od wielu miesięcy, narażając się na zarzuty o antyamerykańskość, po co Ameryce tak dokładne dane osobowe, w sposób oczywisty naruszające prywatność, np. dotyczące pasażerów lotów transatlantyckich? W Polsce problem stał się głośny dopiero w związku ze zniesieniem wiz do USA. Żenujące były te próby Warszawy załatwienia wiz na własną rękę, tzn. na bazie stosunków polsko-amerykańskich a nie przez Brukselę, na poziomie UE-USA. Sprawa wiz dotyczy zresztą także Grecji, a nie tylko nowych krajów członkowskich UE. Wygląda na to, że to nowe przywództwo polityczne w USA, w Kongresie i w Senacie to dobra zmiana z punktu widzenia Polski i Europy.





2006-12-06 11:08
Ogólne ue, pinior, ameryka Komentarze (22)
 Oceń wpis
   
Filozof i finansista, jeden z najbogatszych ludzi na Ziemi, z błyskiem w oku mówi spokojnym głosem o swoich sukcesach i porażkach, o tym, że czuje się jako Amerykanin patriotą europejskim i dostrzega w Unii Europejskiej model dla Globalnego Społeczeństwa Otwartego.

Określa siebie jako "bezpaństwowego męża stanu" i uderza swoją młodzieńczością. Patrzę z podziwem, na tle starych mebli w Hotelu Renaissance w Brukseli, parę kroków od Parlamentu Europejskiego, na energię tego 75-letniego uchodźcy z Europy Środkowowschodniej. Mędrzec. Słowo właściwie już nie używane w dzisiejszej polszczyźnie.

No bo kogo nazwiemy dzisiaj w Polsce mędrcem, bez narażenia się na śmieszność, albo na gorszące spory czy rzeczywiście dana osoba zasługuje na to określenie? Soros podziwia Unię Europejską, czuje się w rozmowie, jak bardzo zawiódł się na Rosji. Mówi bez ogródek, że Rosja staje się państwem autorytarnym, w którym państwo przez ogromne fundusze próbuje podporządkować sobie organizacje społeczeństwa obywatelskiego.

Niby organizacja jest społeczna, nie mająca nic wspólnego z instytucjami rządowymi, a tak naprawdę prowadzona przez ośrodek prezydencki. Przestrzega przed taktyką Gazpromu w Azji Centralnej. Znowu, firma jest kapitalistyczna, ma w nazwie "Uzbek" czy "Kazach", ale większościowe udziały są w rękach firm prywatnych reprezentujących interes Kremla.

Soros przeznaczył na ratowanie nauki i naukowców w Rosji na początku lat dziewięćdziesiątych 100 milionów dolarów. International Science Foundation, która operowała tym funduszem wypłaciła ponad 25 tysięcy grantów 500-dolarowych naukowcom w Rosji. To były pieniądze na przeżycie, które jak obliczono, wystarczały wtedy, w czasach hiperinflacji w Rosji na utrzymanie rodziny przez okres mniej więcej roku. Pozostała reszta funduszu została przeznaczona na projekty badawcze.

Ma świadomość, że czynił dobro. Wie także, że wiele razy przegrał. Lubi powtarzać za Kowaliowem: "całe swoje życie walczyłem o stracone sprawy". Zawsze powołuje się na swojego ojca i Karla Poppera. Pamiętam jak go poznałem w 1993 r., w Szkole Nauk Społecznych prof. Amsterdamskiego w Polskiej Akademii Nauk. Mówił wtedy o swoim ojcu, o esperanto, o marzeniach i wizjach tamtego pokolenia. I Popper, mistrz, którego książka "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" ukształtowała go na całe życie. Relacja pomiędzy Popperem i Sorosem, jak w szkołach filozoficznych w starożytności.

"Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" dotarło do mnie po raz pierwszy w podziemiu, wiosną w 1982 r. Adam Lipiński, który wtedy prowadził grupę wydawniczą w ramach Regionalnego Komitetu Strajkowego, zgłosił się do mnie, że ma coś ekstra, właśnie Poppera, że ma filozofów, profesjonalnych tłumaczy i że chce to wydać, i powinno to być sfinansowane z podziemnych 80 milionów Solidarności.

Rzecz jasna byłem zapalony do tego pomysłu. To był czas, kiedy nikomu z nas nie przyszło do głowy, że będziemy politykami z zawodu, raczej realizowaliśmy swoje pasje intelektualne, pragnęliśmy doprowadzić do demokratycznego przełomu, bardziej myśleliśmy o świecie w kategoriach Arendt czy Poppera, walki totalitaryzm-demokracja niż walki wyborczej o miejsca w parlamencie, i do tego jeszcze z różnych ugrupowań politycznych. Otrzymałem pierwsze przetłumaczone rozdziały. Oczywiście nie znałem nazwisk tłumaczy, nie wiem do dzisiaj, czy to było tłumaczenie, które potem wyszło w serii klasyki filozofii PWN. Jakkolwiek by było, zgromadziłem dzieła Platona, oryginał Poppera i jeszcze jego inne książki, i właśnie te przetłumaczone rozdziały, aby spędzić na tym miesiąc kompletnie odcięty od świata. Pragnąłem się zanurzyć w filozofii, przemyśleć parę problemów, wrócić do kwestii, którymi żyłem przed wybuchem Solidarności. To nie było możliwe przed końcem sierpnia.

Lato to był gorączkowy okres, przygotowywanie do strajku generalnego, nieustanne spotkania z aktywem, podziemnym i nadziemnym. Szaleństwo konspiracji. Z Władkiem Frasyniukiem, Basią Labudą i Piotrkiem Bednarzem przyjęliśmy taką zasadę, że kontaktujemy się jedynie w sprawach najważniejszych, stykamy się jak najmniej, aby aresztowanie kogoś z nas nie doprowadziło do aresztowania reszty.

31 Sierpnia 1982 r. prawie powstanie we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, ale reszta kraju raczej spokojna, bez większych akcji, które mogłyby wymusić na władzy ustępstwa. Stało się dla nas jasne, że nie będzie przesilenia, że czekają nas miesiące, może lata w podziemiu i w konspiracji.

Pomyślałem, czas na Poppera. Hrabia Latalski, znalazł mi w głębokiej konspiracji mieszkanie u górali w jednej z wsi wokół Zakopanego. Latalski, człowiek AK, jeden z najciekawszych ludzi, jakich poznałem w życiu, pełen pogardy dla PRL ale otwarty, chłonny świata, intelektualista ufał tylko góralom, środowisku, które świetnie znał z przedwojennego, elitarnego liceum dla chłopców. Książki pojechały osobno, gospodarze wiedzieli, że przyjeżdża ktoś z Warszawy popracować w spokoju naukowo. Parę dni później, o ile dobrze pamiętam 5 września, w nocy, w czasie sprawdzania tekstu Platona do tekstu Poppera włączyłem radio, Wolną Europę i usłyszałem o aresztowaniu Frasyniuka. Wiedziałem, że z Wrocławia jest w drodze po mnie auto, bo taki był scenariusz specjalnej grupy operacyjnej obliczony właśnie na taką sytuację. Spakowałem wszystkie książki do osobnej walizki. Wziąłem ze sobą rzeczy osobiste i te tony notatek, które robię zawsze przy okazji czytania tego typu dzieł. O świcie na drodze do Wrocławia, miałem świadomość, że coś już się bezpowrotnie skończyło, że nie ma odwrotu od polityki, że tezy Poppera trzeba teraz przełożyć na walkę, odpowiedzieć na cios ciosem, udowodnić, że Solidarności, jak wtedy, na naszych ulotkach, nie da się upokorzyć i zniszczyć.

Patrzę teraz w Hotelu Renaissance jak Soros szykuje się do skoku po moim pytaniu o nowe przywództwo Partii Demokratycznej, po ostatnich wyborach w USA. Tak, to go najgłębiej porusza, jego głos staje się bardziej zdecydowany, nie jest już głosem filozofa, raczej męża stanu, który poszedł na wojnę z prezydentem Ameryki. Filozofia i polityka. Następna runda. Wybory prezydenckie w 2008 r. Nasze czasy.

2006-11-24 14:01
Ogólne polityka, soros, eu, solidarność Komentarze (20)
 Oceń wpis
   

Traktat Amsterdamski umiejscawia Strasburg jako główną siedzibę Parlamentu Europejskiego: parlament musi obradować w Strasburgu na 12 posiedzeniach plenarnych w ciągu roku. W praktyce oznacza to konieczność przenoszenia się raz w miesiącu z Brukseli do Francji na tygodniowe posiedzenia. Z punktu widzenia budżetu Unii oznacza to poważne koszty.

Z punktu widzenia posła taka podróż to ogromna strata czasu, bezsens przewożenia papierów, dokumentów, książek, gazet, słowników, z których, na co dzień korzysta się w pracy parlamentarnej. Te rzeczy przewożone są w specjalnych skrzynkach w kilku ciężarówkach pomiędzy Brukselą a Strasburgiem. Właśnie pakuję taką skrzynkę po zakończonej sesji – każdy poseł i każdy urzędnik parlamentu posiada taką skrzynie na swoje dokumenty. Czeka mnie ponad godzinny surrealizm przekładania całego warsztatu pracy do tej właśnie skrzynki, aby moje „biurko” czekało na mnie w poniedziałek rano w Brukseli przygotowane do pracy. Obraz karawany ciężarówek to ulubiony motyw eurosceptyków. „Latający cyrk” w języku mediów antyeuropejskich w całej Europie. Posłowie jednak robią wszystko, aby doprowadzić do jednej siedziby Parlamentu Europejskiego. Problem w tym, że parlament nie może tego zmienić samowolnie, gdyż ta sprawa zapisana jest w traktatach a więc miejsce obrad parlamentu mogą zmienić jedynie państwa członkowskie. I to jednomyślnie w sytuacji, kiedy nie ma konstytucji i w każdej sprawie jest potrzebna zgoda 25 państw członkowskich Unii. Dotychczas żadne państwo członkowskie nie podniosło tego problemu. Na ostatnim szczycie UE w Wiedniu w czerwcu br. kwestię jednej siedziby parlamentu próbował poruszyć jego przewodniczący Josep Borrell. Jednak jeszcze przed szczytem, Kanclerz Austrii, pełniący obowiązki przewodniczącego Rady Europejskiej, Wolfgang Schüssel zapowiedział, że kraje UE nie mają zamiaru zmieniać tej decyzji.

Strasburg to wielki symbol Europy. To w tej części kontynentu na polach bitewnych pierwszej wojny światowej zginęło kilka milionów mężczyzn. Europa już nigdy się z tego nie podniosła – w efekcie dwudziestowiecznych wojen siła ciężkości cywilizacji zachodniej, militarna, gospodarcza i naukowa przeniosła się do Ameryki. Strasburg jest jednocześnie pięknym symbolem pojednania i odrodzenia Europy. Miasto, które dzieliło Francję i Niemcy, stolica Alzacji, która była terenem starcia dwóch żywiołów narodowych stało się po drugiej wojnie miejscem pojednania francusko-niemieckiego, zostało wybrane przez przywódców europejskich na siedzibę Rady Europy. Wielki symbol Europy wolnej, demokratycznej, antytotalitarnej. Zawsze, kiedy tutaj przemawiam jestem wzruszony. Nasi ojcowie i dziadkowie spotykali się tutaj naprzeciwko siebie jako żołnierze, my spotykamy się tutaj jako obywatele. Powiedziałem to parę miesięcy temu w BBC w starciu z brytyjskim posłem antyeuropejskim Robertem Kilroy-Silk.

Była gwiazda BBC, potem poseł w zajadle antyeuropejskiej partii UK Independence Party, partii, która tworzy w PE z Ligą Polskich Rodzin jedną grupę polityczną „Niepodległość i Demokracja”. Kirloy-Silk, dzisiaj zresztą już poseł niezrzeszony, był w tym programie agresywny, argumentował, że nasze, polskie poparcie dla Unii wynika jedynie z powodów merkantylnych, ot, płacą im na budowę metra w Warszawie z podatków brytyjskich obywateli to są zadowoleni. Po mojej wypowiedzi o okopach z pierwszej wojny światowej był wyraźnie zmieszany, czuł, że traci początkową sympatię dziennikarza prowadzącego z nami rozmowę.

Przemawiałem dzisiaj na temat łamania praw człowieka w Iranie. Podkomisja Praw Człowieka w Komisji Spraw Zagranicznych jest terenem mojej głównej aktywności w parlamencie. Iran jest szczególnym przypadkiem dyktatury. Państwo dumne ze swojej cywilizacji i świadome miejsca w dzisiejszym świecie. System irański nie jest rzecz jasna demokracją liberalną, ale tym niemniej jest to system na swój sposób pluralistyczny, z prawdziwymi sporami w parlamencie i z autentycznymi– aczkolwiek ograniczonymi – wyborami. Głupotą polityczną jest wrzucanie Iranu do jednego worka z Koreą Północną czy z Afganistanem rządzonym przez Talibów. Postawa UE w stosunku do Iranu powinna być wysublimowana, z jednej strony krytyczna w stosunku do władz i reżimu teokratycznego, z drugiej wiarygodna dla inteligencji irańskiej. Mówiłem o szykanach w stosunku do studentów, o uniemożliwianiu studiowania na wyższych uczelniach osobom podejrzanym o niezależną działalność polityczną. Przygotowując wystąpienie, przy studiowaniu raportów Human Rights Watch na ten temat przypomniały mi się lata siedemdziesiąte w PRL. Samotność postaw opozycyjnych, obojętność większości społeczeństwa, strach w oczach dziewczyn w akademiku „Dwudziestolatka” na Pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu, w 1978 r,. kiedy próbowaliśmy kolportować własny samizdat „Zeszyty Kulturalne”. Andrzej Bursa zadedykował jedno ze swoich opowiadań „wszystkim tym, którzy stanęli przed martwą perspektywą własnej młodości” (cytuję z pamięci). Przemawiałem w parlamencie i myślałem o 17 studentach w Teheranie, o których wiedzą organizacje praw człowieka, którzy nie zostali dopuszczeni na wyższe uczelnie.

Przy cynizmie dzisiejszej polityki, przy tej nieprawdopodobnej obojętności klasy politycznej w Polsce w stosunku do debaty europejskiej, wiem, że dla całej rzeszy Irańczyków rezolucja Parlamentu Europejskiego jest symbolem nadziei, świadectwem zaangażowania w ich obronie. Gdyby udało się sfinansować, jak to proponujemy w rezolucji, programy radiowe i telewizyjne w języku farsi, UE mogłaby realnie przyczynić się do zmian politycznych w Iranie, stać się jeszcze jednym dowodem na słynne „soft power” Europy, o którym od kilku lat rozpisuje się namiętnie politologia amerykańska.

2006-11-17 11:42
Ogólne ue, parlament, iran Komentarze (10)
 Oceń wpis
   
Czy już wkrótce spotkamy się na koncercie w Buena Vista Social Club w Hawanie? Fala demokracji, a na pewno fala radykalnych zmian politycznych dochodzi do Hawany. To wszystko ma związek ze stanem zdrowia Fidela Castro - dla nikogo nie ulega wątpliwości, że śmierć dyktatora a jednocześnie jednego z najbardziej charyzmatycznych przywódców w drugiej połowie dwudziestego wieku będzie oznaczała załamanie się dotychczasowego systemu władzy na Kubie. Co dalej? Coraz więcej spotkań na ten temat w Brukseli z przedstawicielami kubańskiej opozycji, oficjalnych kubańskich władz a także z wysłannikami departamentu Stanu USA.

Rewolucja kubańska miała w sobie ogromny ładunek emancypacyjny, czytelny dla ludzi na całym świecie. To jeszcze jest widoczne w filmie świetnego brazylijskiego reżysera Waltera Sallesa z 2004 r. "Dzienniki motocyklowe", ekranizującego dzienniki Che Guevary. Przemawia romantyzm tamtego pokolenia, niezgoda na nędzę i upokorzenie, bunt i wiara, że można zmienić świat. Ta piękna legenda już wkrótce, w najbliższych miesiącach zderzy się z rzeczywistością dzisiejszej Kuby, z biedą społeczeństwa dławionego przez dyktaturę, żyjącego w zamknięciu przed światem, poddanego biurokratycznej kontroli funkcjonariuszy osłabionego reżimu, który przeżył upadek bloku wschodniego. Na Kubie będziemy świadkami rewolucji politycznej, formowania się nowego systemu politycznego.

Parlament Europejski obserwuje to z zapartym tchem. Ameryka Łacińska jest bardzo ważnym partnerem gospodarczym i kulturalnym dla Unii Europejskiej. W dobie globalnej, kiedy podstawowym problemem dla współczesnego świata staje się tworzenie nowego ładu międzynarodowego Ameryka Łacińska, zawsze nieufnie spoglądająca na potęgę USA widzi w Europie ważny i konieczny składnik stosunków międzynarodowych opartych na równości i wielobiegunowości. Kraje Ameryki Łacińskiej tworzą z Europą wspólnotę kulturową opartą na języku, historii oraz polityce. Wreszcie dla Hiszpanii i Portugalii Ameryka Łacińska jest podobnym punktem odniesienia jak dla Polski Europa Wschodnia. Zarówno wspomnieniem wspólnej przeszłości, nierozerwalnie związanej z historią krajów członkowskich Unii Europejskiej jak i miejscem bardzo bliskich kontaktów obecnie. W Parlamencie działa aż pięć delegacji związanych z Ameryką Łacińską. Unia Europejska - Meksyk, UE - Chile, UE - Ameryka Środkowa, UE - Wspólnota Andyjska, UE - Mercosur.

W ostatnich latach jesteśmy świadkami odradzania się w Ameryce Łacińskiej radykalnej krytyki społecznej, poszukiwania nowych dróg rozwoju, zwycięstwa w demokratycznych wyborach przywódców, którzy powołują się na prekolumbijskie dziedzictwo Ameryki. Najlepiej symbolizuje te nowe tendencje w polityce prezydent Boliwii, Evo Morales, który ujął to w swoim przemówieniu w Parlamencie Europejskim w maju br. w następujący sposób: "To, że wybrano prezydentem Indianina to nie znak zemsty, lecz nadziei". To było wielkie przemówienie. Zaproszenie prezydenta Moralesa do złożenia wizyty w Parlamencie Europejskim było ze strony Parlamentu aktem otwarcia na demokratyczna wolę społeczeństw na drugiej półkuli. Morales podjął kontrowersyjną decyzję o nacjonalizacji sektora energetycznego, co rzecz jasna nie zdobywa mu sympatii ani w Waszyngtonie ani w konserwatywnych kręgach politycznych. W Strasburgu, na znak protestu w czasie przemówienia Moralesa salę plenarną opuściła prawie połowa posłów z prawej strony Parlamentu. Jakkolwiek by było Morales był przekonywujący. Mówił o swojej drodze życiowej, o starcie z analfabetycznego środowiska, o marzeniu o szkole, o zdobyciu dobrego wykształcenia. Morales jest Indianinem Aymara, obok Metysów i Indian Quechua trzeciej najliczniejszej grupy ludności w Boliwii. Co szczególnie interesujące, działalność polityczną rozpoczął jako przywódca związku "cocaleros", rolników uprawiających kokę. Poglądy Moralesa na wiele spraw budzą sprzeciw, tym niemniej budzi szacunek powaga jego deklaracji oraz, przynajmniej takie odnosi się wrażenie, czystość intencji. Swoje przemówienie w Strasburgu zakończył wyznaniem: "Nie chcemy być już państwem żebraków", czym rzecz jasna zdobył serce całej lewej strony Parlamentu.

Tak, więc wszyscy czekają na Kubę. Waga, jaką Parlament Europejski przykłada do kwestii dławienia praw człowieka przez reżym Fidela Castro jest najlepiej widoczna w przyznawaniu najważniejszej nagrody Unii Europejskiej, Nagrody Sacharowa. Kuba otrzymała to wyróżnienie już dwa razy. W 2002 r. czołowy opozycjonista, bliski Kościoła Oswaldo Payá Sardinas. Przed rokiem Nagrodę Sacharowa otrzymały Damas de Blanco, Kobiety w Bieli, symbol Kuby represjonowanej, czekającej na swoich bliskich, nie tracącej nadziei na powrót na wyspę demokracji. Do demokratycznego przełomu przygotowuje się także bez wątpienia reżym. Wojsko kontroluje najlepsze nieruchomości w Hawanie i nad morzem, podobno sprzedaje je prywatnym przedsiębiorcom, dokonuje się już - podobnie jak 20 lat temu w Europie Środkowo-Wschodniej - proces "uburżyazyjnienia" nomenklatury. Jak na Kubie potoczy się transformacja? Czy castrystom uda się przekształcić w socjaldemokrację, stać się stroną w polityce demokratycznej, jak to się udało sandinistom w Nikaragui po 1989 r.? Czy na Kubie dojdzie do kompromisu pomiędzy silami wywodzącymi się z autorytarnego reżimu a opozycją jak w Hiszpanii po śmierci Franco pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku czy w Polsce w 1989 r.? Czy też raczej dojdzie do radykalnego zerwania z obecnym status quo? Jedno wiemy na pewno - w Hawanie dla wszystkich stron konfrontacji istotnym punktem odniesienia będzie Parlament Europejski. Znam posłów, którzy najbliższego Sylwestra spędzą na "wyspie jak wulkan gorąca", jak śpiewano w Warszawie jeszcze we wczesnych latach sześćdziesiątych. Sylwester w Hawanie, być może w największym natężeniu demokratycznego przełomu. Przy stoliku i na hawańskiej ulicy z Oswaldo Paya jako kandydatem na prezydenta w pierwszych demokratycznych wyborach. Na Kubie dumnej i wolnej, szczęśliwej z odzyskania demokracji.
2006-11-06 14:10
Ogólne kuba, demokracja, castro, parlament europejski, unia europejska, ue, pe Komentarze (13)